Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomorski puchar dogtrekkingu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomorski puchar dogtrekkingu. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lutego 2014

SPRINTERSKI "FITNESS RODZINNY" W GDYNI

Nowy sezon zawodów dogtrekkingowych Pomorskiego Pucharu został zainaugurowany w Gdyni w drugą sobotę lutego. Z Tymonem i Nirą wystartowaliśmy w kategorii rodzinnej i warto zaznaczyć kategorii, w której zaszły od ubiegłego roku znaczące zmiany. Definicja rodziny została ograniczona do drużyn, w których przynajmniej jeden członek ma mniej niż szesnaście lat. W zeszłym roku, wprawdzie udawało się nam stanąć na “pudle”, to siłą rzeczy  konkurowanie dorosłych z dziećmi było rozwiązaniem dalekim od ideału i zmiana zasad została przyjęta przez wszystkich bardzo pozytywnie. Jak się jednak mieliśmy przekonać już na pierwszych zawodach, pomimo czysto “dziecięcej” konkurencji walka była bardzo zaciekła a zwycięstwo przyszło ze sporym trudem. 

Ze względu na zapowiadane początkowo warunki na dzień startu (około trzech stopni na plusie, wiatr i zachmurzenie) początkowo nie zakładałem w ogóle, że trasę pokonamy biegiem i nastawiałem się raczej na marsz. Z tego też powodu przyszykowałem wysokie buty (spodziewając się przemarszu przez topniejący śnieg), oraz odpowiednią ilość warstw ubrań. Jak to często bywa z założeniami, tak i powyższe bardzo szybko zostały zweryfikowane przez życie. Po pierwsze Tymon na miejscu oznajmił, że musimy szybko biec jako, że umówił się z kolegą i jak najszybciej powinien wrócić do domu. Po drugie pogoda okazała się dużo bardziej łaskawa i już po 15 minutach biegu w pełnym słońcu plecak pękał w szwach od naszych kurtek i polarów. Teren zawodów był dość niefortunny, miejsce startu, tak zwana Polanka Redłowska, wciśnięte między gęste zabudowania a teren rezerwatu, co wymusiło przebieg dziesięciokilometrowej trasy w dwóch trzecich po plaży a w pozostałej części chodnikiem oddalonym dosłownie o trzy metry od głównej trójmiejskiej arterii. Jedynie zawodnicy startujący na dłuższych dystansach mieli szansę pokonać tereny Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego i na jakąkolwiek nawigację. Jako, że kompas w tych okolicznościach był zbędny a umiejscowienie punktów było dość oczywiste, jasnym stało się, że kluczowa będzie tutaj szybkość pokonania trasy. Na pierwszym, niespełna trzykilometrowym odcinku biegnącym plażą, szybko zaliczyliśmy pierwszy punkt (a ja przy okazji zaliczyłem dwie wywrotki na lodzie) aby dotrzeć do molo w Orłowie, na końcu którego znajdował się drugi punkt. Od tego miejsca do pokonania była pięciokilometrowa pętla prowadząca przez Kolibki, wzdłuż Aleji Zwycięstwa i później na powrót plażą, do molo w Orłowie. Przy czwartym punkcie w okolicach pomnika upamiętniającego Drugi Pułk Strzelców z okresu wojny, spotkaliśmy pozostałych reprezentantów Sfory, walczących na trasie “long”. Po szybkim przywitaniu i spisaniu punktu pobiegliśmy dalej, aby za kolejne kilkaset metrów zawrócić w kierunku plaży i pozbierać pozostałe punkty biegnąc już ku mecie. Dochodząc do punktu siódmego, w okolicach ujścia Sweliny, minęliśmy naszych współzawodników z kategorii rodzinnej, którzy pętlę pokonywali w odwrotnym kierunku niż my. Był to półmetek trasy i ewidentnie zdąrzyli nadrobić naszą początkową przewagę, która w okolicach molo wynosiła co najmniej siedemset metrów. Oznaczało to, że nie tylko musimy utrzymać tempo, ale wręcz przyspieszyć, aby nie znaleźć się poza podium. Pozostałe dwa punkty bez trudu namierzyliśmy, spisaliśmy na kartę i pozostał nam powrót i walka z piaskiem, kamieniami i różnej konsystencji połaciami topniejącego śniegu i lodu. Na ostatnim, dwukilometrowym odcinku pomiędzy skarpą w Orłowie a metą, pojawił się w oddali za nami jeden z chłopców z konkurencyjnej drużyny. Jak się później okazało, mama tego młodego zawodnika, wraz z psem, pozostała w tyle, a on sam postanowił ścigać nas i zawalczyć o pierwszą pozycję. Walka na ostatnim kilometrowym odcinku była bardzo zaciekła i widać było, że Tymon, pomimo bólu kostki i rosnącego zmęczenia, też nie zamierza dać za wygraną. Dobiegliśmy zaledwie kilka sekund szybciej do schodów prowadzących na Polankę Redłowską, a więc dosłownie sto metrów od mety! Nasz współzawodnik tytanicznym wysiłkiem wyprzedził nas na tychże schodach, aby znów się spotkać w punkcie mety przy zdawaniu kart. Tutaj z pewnością przeżył ogromny zawód dowiadując się, że do zaliczenia wyniku cała drużyna musi stanąc na mecie i będzie musiał poczekać zarówno na swojego czworonoga jak i na mamę. Ostatecznie skończył na drugiej pozycji ex aequo z dwoma kolejnymi drużynami, chociaż w pełni zasłużył na uznanie za wspaniały finisz. Tutaj warto zaznaczyć, że praktycznie wszystkie pięć drużyn z kategorii rodzinnej, które stanęły na podium trasę pokonały bardzo szybko, sprawnie pokonując sporą część dorosłych zawodników. Różnice w czasach były niewielkie i dużym zaskoczeniem jest dla mnie to jak ostre tempo narzuciły sobie rodzinne drużyny. 




Po wręczeniu nagród i pamiątkowym zdjęciu, zadowoleni z udanego początku sezonu udaliśmy się w kierunku Gdańska bogatsi o kupon do psiego fryzjera. Mam nadzieję, że na kolejnych zawodach Nira nie tylko dzielnie będzie przebierać łapami, ale zrobi też wrażenie wystrzałową fryzurą!
tekst.Andrzej Wójcicki 
zdjęcia Zbigniew Skupiński / PanHusky.pl

sobota, 7 grudnia 2013

MIKOŁAJKOWA EDYCJA FINAŁU PPD GDYNIA-KOLIBKI

Dni poprzedzające, finałowy start ostatniej w tym roku edycji Pomorskiego Pucharu Dogtrekkingu w Gdynii Kolibkach, były pełne obaw jak będą wyglądać warunki atmosferyczne. Niż Ksawery, który nadciągnął do nas z nad Oceanu Atlantyckiego wywołał spore poruszenie w mediach i społeczeństwie. Towarzyszące silne podmuchy wiatru sięgające do 130 km/h potęgowały skalę orkanu. Dodatkowo, budząc się w piątek rano, a następnie przez cały dzień, wiedzieliśmy, że zawody na pewno będą "śnieżne". Ciekawe ilu będzie uczestników i czy wiatr zmaleje do soboty godziny 10:00...

Pomimo niesprzyjających warunków dużo osób dotarło do Adventure Park. Sforę reprezentowali na najkrótszym wariancie trasy Gosia z Bafi i Dominika z Orientem. Dla odmiany na trasę średnią wybrał się Andrzej z Nirą. Natomiast, standardowo na najdłuższy wariant wybrali się Iza z Piorunem, Paweł z Lupusem i Jacek z Rudym. Dominika zadbała o masę fantastycznych zdjęć podczas imprezy. 
LINK DO ZDJĘĆ

Warto dodać, że te zwody trochę się różniły od pozostałych, ponieważ przed startem zostały zorganizowane zbiórki prezentów w ramach akcji Szlachetna Paczka dla potrzebującej rodziny z Pszczółek. Jak również zbiórka karmy i akcesoriów dla zwierząt ze schroniska Ciapkowo. 
fot. Pan Husky
Wielkie słowa uznania dla Marty Siary, Aleksandry Marcinko i Moniki Skupińskiej za zaangażowanie, jak również dla wszystkich darczyńców!!


Po odprawie technicznej i odebraniu map zgodnie wybraliśmy wstępną drogę na trasę LONG. Michał-organizator wykasował cztery punkty kontrolne, które znajdowały się za ulicą Spacerową na południe. Odprawa techniczna i jesteśmy gotowi. Temperatura oscylowała w okolicach zera, czekając na start, trochę zamarzaliśmy. W końcu wystartowaliśmy!

Wszyscy ruszyli tą samą drogą w kierunku osiedla Bernardowo. Biegniemy wzdłuż rzeki Sweliny, ku jej źródeł. Po wbiegnięciu w las jest ciężko. Śniegu min 40cm na wysokość łydki, niekiedy po kolana. Pieski zadowolone, jednak my wiedzieliśmy, że będzie hardcorowo. Przed zabudowaniami skręcamy w prawo. Miała być ścieżka, ale przysypał ją śnieg. Prujemy więc przez łąkę zgodnie z sugestią Jacka.  Przedzieramy się przez śnieg po kolana, przeskakujemy przez ciek i po paru minutach znajdujemy jako pierwsi punkt nr 2. Wracając, na główną ścieżkę, mijamy pełno zawodników, dzięki nim nie musimy brodzić w śniegu tylko pędzimy wydeptana autostradą ;) Kierujemy się dalej na zachód w poszukiwaniu kolejnego punktu. Weszliśmy na spore wzniesienie, wcześniej lokalizując w sporej grupie właściwą ścieżkę, gdzie na skraju, znajdował się punkt nr 1. Dalej kierujemy się na południe, przekraczamy ul. Sopocką i podążając główną drogą, już wydeptaną docieramy do punktu nr 3. Dalej do punktu nr 4 dobiegamy chwilę po liderujących zawodnikach na trasie LONG. Jest super, mamy dobry czas, a do liderów brakuje nam paru minut. Łatwą, prostą droga kierujemy się w stronę następnego punktu. Następnie skręcamy w prawo wbijamy w las, pięknie ośnieżony i mając na widoku Zbyszka Skupińskiego, kierujemy się na "siódemkę". Na skrzyżowaniu ścieżek znajdujemy punkt kontrolny. Niestety na rozstaju dróg pomyliliśmy się, tzn. Paweł się pomylił :) Nie zrobił strzałek na mapie :), i zamiast prosto pobiegliśmy w prawo na zachód, mijając po drodze przecinkę leśną, weszliśmy na jakieś wzniesienie i nagle wychodzimy w Gołębiewie, stojąc w śniegu po kolana. 1,5 km i ok. 30 min. w plecy.  Trochę wtopa. No ale nic, wracamy wzdłuż linii energetycznej, wychodzimy na asfaltową drogę i kierujemy się na punkt nr 9. Łagodne zejście w dół i nieopodal słupa energetycznego odnajdujemy kolejny punkt. Prawie połowa trasy, zmęczenie daje się we znaki. Dalej idziemy wzdłuż ul. Spacerowej, trzecia ścieżka w lewo i bez problemów odnajdujemy punkt nr 13. Odrabiamy straty! Dalej idąc, czasami biegnąc, kilkanaście metrów od ulicy, docieramy do punktu nr 11, który zlokalizowany był na skrzyżowaniu ścieżek. Spotykamy tutaj zawodniczki z trasy LONG, Anetę i Anię. Lupus ma tu spory problem, natury miłosnej - Vega. Pan chce lecieć, a miłość zostaje z tyłu, dla zasady się trochę pozapieram. Iza zdecydowanie zmobilizowała się i na punkt nr 10, kierujemy się za śladami i wbijamy na wzniesienie, gdzie po kilku chwilach szukania odnajdujemy punkt. Już bliżej niż dalej.  Schodzimy do głównej drogi, a następnie odbijamy w prawo i marszem pokonujemy zygzakowatą ścieżkę leśną, która prowadzi na punkt nr 8 pod górę. Ostre podejście i znajdujemy się na właściwym skrzyżowaniu, ale punktu kontrolnego brak. Jak się później okazało, punkt był, ale trochę przesunięty i przysypany śniegiem. Na początku szukamy sami, po paru minutach, pojawia się Aneta z Anią. Ostatecznie bez podbitki, lecimy dalej. Kolejne 20 min. w plecy Główną drogą docieramy do punktu nr 5. Łatwo i przyjemnie mamy wszystko! Ostatnia prosta, finish, końcówka. Jakieś 3 km przed nami. Zmrożoną drogą w dół, mijamy po lewej stronie punkt nr 3, przecinamy ul. Sopocką i kierujemy się na Bernardowo. Ostatnie pokłady sił uaktywnione, wyrypa niesamowita. Czas dobiega do 5 godzin, lekkim truchtem, raz w grupie, a raz w dużych odstępach mijamy po lewej rzekę Swelinę, po prawej budynki mieszkalne i razem docieramy na metę. Uff!!

Zdecydowanie stwierdziliśmy, że był to jeden z najcięższych dogtrekkingów, na jakich mieliśmy okazje wystartować. Gruba warstwa śniegu dała się we znaki. Kolejne kilometry pokonywało się dwa razy ciężej. Mimo wszystko było super, psy mega zadowolone i zmęczone. Na mecie czekał na nas poczęstunek w postaci ciepłego barszczu, pierogów i ciast. Dekoracja zawodników, następnie podsumowanie zawodów i sezonu, a już byliśmy w drodze powrotnej do domu.
Mistrzynie z Longa



Orkan Ksawery napsuł trochę w krajobrazie, ale miało to swoją specyficzną i mikołajkową aurę. Ukształtowanie terenu i gruba warstwa śniegu, sprawiła nam sporo kłopotów na trasie. Podejścia i zejścia ze wzniesień, często kończyło się zjechaniem, a nie zejściem.
Wielkie podziękowania należą się organizatorom za kolejne wspaniałe zawody. Optymistycznie i z nadzieją, kolejnych fantastycznych imprez, będziemy czekać na przyszły sezon dogtrekkingowy.

NASZA TRASA:



wtorek, 20 sierpnia 2013

POMORSKI PUCHAR DOGTREKKINGU - KOŚCIERZYNA 17.08.2013

Autor: Jacek 

Po zmaganiach w Wagańcu (Polska Liga Dogtrekkingu) i dwutygodniowej przerwie na regenerację sił, wróciliśmy na trasę Pomorskiego Pucharu Dogtrekkingu, który tym razem miał miejsce w Kościerzynie. 

Zawody te były inne od wcześniejszych. Z góry postanowiliśmy sobie, że start w Kościerzynie będzie wyłącznie w tempie dogtrekkingowym. Zero biegu, ze względu na naszych małych podopiecznych - rekonwalescentów. Dlatego też, po wcześniejszych ustaleniach z organizatorami zdecydowaliśmy się wystartować wcześniej. Trasę z Gdańska do Kościerzyny pokonaliśmy w niecałą godzinę i na starcie w okolicach stadionu miejskiego zameldowaliśmy się przed godziną 15:00 w składzie: Iza z Piorunem, Paweł z Lupusem i Jacek z Rudym. Na miejscu czekał na nas Paweł - kolega Izy i Jacka ze studiów, który jest rodowitym mieszkańcem Kościerzyny. Szybkie ogarnięcie i wytyczyliśmy najszybszy wariant trasy (zmieniany podczas marszu sporo razy) na pokonanie okolicznych terenów. Nareszcie wystartowaliśmy o godzinie 15:30. 


Pogoda naprawdę dopisała, było ciepło, wiał rześki wiatr, a słońce chowało się co jakiś czas za chmurami. Kierując się w stronę punktu numer 2, mijaliśmy pomnik nauczycieli walczących o wolność i niepodległość Polski podczas II wojny światowej, budynek urzędu gminy Kościerzyna i Nadleśnictwa Kościerzyna, jak również obiekty Centrum Kultury Kaszubskiej, wraz z bardzo fajną sportowo - przyrodniczą ścieżkę zdrowia, jak również masą innych interesujących rzeczy, których nie mieliśmy czasu poznać. 



Kiedy przeszliśmy pod wiaduktem kolejowym od razu znaleźliśmy punkt numer 2. Dojście do tego miejsca wliczając liczne sesje fotograficzne zajęło nam 40 min.

 W lesie, okryci drzewami przed słońcem dalej maszerowaliśmy na północ, ku punktowi nr 1. Ścieżka leśna bardzo przyjemna, kręta i lekka, idealnie odwzorowana na mapach, które posiadaliśmy. 


Idealnie trafiliśmy na punkt nr 1, gdzie mieliśmy małą przerwę na uzupełnienie płynów.

Słońce schowało się za chmurami, wiatr szumiał między drzewami, przynosząc relaksujące orzeźwienie, a nasze psiaki brnęły dalej na północ ku punktowi nr 6. Warunki idealne na dogtrekking (wiadomo dla psów to najlepiej jakby było jeszcze pełno śniegu i -10 °C).  
Iza, dzielnie idąc pierwsza i niosąc aparat zrobiła Pawłowi i Jackowi zdjęcie znienacka, jak naprawdę wyglądał nasz start w kościerskich lasach.  

Zdobywszy punkt nr 6 maszerowaliśmy dalej piaszczystą, równą, leśną ścieżką podziwiając przy okazji po raz kolejny, piękną rzeźbę terenu kaszubskiego krajobrazu i tętniący pełnią życia las. Po drodze przerwa na jagody, dobrze, że nie mieliśmy wiaderka, bo byłby to długi dogtrekking :)

 Czas około 1:30, jest całkiem nieźle. Do punktu nr 10 mieliśmy do pokonania jeden z najdłuższych odcinków, ale nie takie już wyzwania podejmowaliśmy. Tempo marszowe idealnie nam pasowało. Po drodze oczywiście nie mogliśmy odpuścić sobie zdjęcia na tle pięknego widoku, na skraju pola, świeżo po sianokosach.  

Mając na głowami chmury piętra wysokiego, które tworzyły piękną mozaikę na niebie, a słońce powoli zmierzało w stronę koron drzew, ku horyzontowi, ktoś z ukrycia znowu nas fotografował... 

W końcu dotarliśmy do punktu nr 10, który był zlokalizowany na krzyżówce dróg leśnych. 


Także, nie sprawiło nam problemu odnalezienie perforatora i dalej wyruszyliśmy w stronę wsi Fingrowa Huta na północny - zachód. Na wejściu do wsi już pierwszy dom przywitał nas drewnianą tablicą informacyjną umieszczoną na kamiennym ogrodzeniu, która opisywała powstanie, założycieli i liczne ciekawostki związane z Fingrową Hutą. Parę zbudowań, o charakterze rolniczym i turystycznym, mijamy tubylców z grupą trzech dużych wilczurów, luźno spuszczonych, z których jeden nosił oryginalne imię "murzyn" i lecimy dalej przez wieś, gdzie czeka nas jedna z głównych atrakcji na trasie - przeprawa przez rzekę Rakownica. Zbiegamy dróżką w dół pola, przeskakując rowy melioracyjne (oprócz Pioruna i Lupusa, których zaskoczył zarośnięty rów). Psy chyba chciały upodobnić się kamuflażem do stojącej nieopodal mućki, bo zmieniły kolor podwozia na czarny. Z butami na szyjach, trzema dużymi krokami przeszliśmy Rakownicę, mając po uda wody. Warto tutaj dodać, że rzeka ta wpływając do jeziora Wieprznickiego, rozpoczyna szlak wodny Graniczna - Trzebiocha, który jest bardzo często wykorzystywany do spływów kajakowych. Rakownica mając swoje źródła w miejscowości Skorzewo oddalonej o około 4 km od miejsca naszej przeprawy, jest rzeką czystą o piaszczystym dnie. Po drugiej stronie standardowo - pokrzywy i zwarte zarośla. Także na boso brniemy na przód, Paweł z Lupusem wytyczają trasę. Pod nami jeszcze trochę terenu podmokłego i wychodzimy w końcu na łąkę. Szybkie suszenie i okazało się, że idealnie wyszliśmy niedaleko punktu nr 12. Czas około 2:30 - super, połowa trasy za nami i kierując się na południowy - zachód do punktu nr 11. Po zdobyciu kolejnego punktu maszerowaliśmy dalej na południe w stronę wsi Wieprznica. Pogoda dopisywała, temperatura powietrza lekko spadła, słońce schowało się całkowicie za chmurami. Na jednej z prostych ścieżek pomiędzy polami, Iza nie mogła się oprzeć przyjemności i spróbowała wykorzystać potrójną moc naszych superbohaterów. (od lewej: Kapitan Ameryka, The Hulk i Iron Man).

Po drodze do punktu nr 5 napotkaliśmy stary, zabytkowy młyn Wieprznica im. śp. ks. Stanisława Czapiewskiego. Wielki człowiek, patriota, żołnierz AK, misjonarz. Naprawdę warto sprawdzić w internecie jego bogatą biografię i przy najbliższej okazji, będąc przy młynie poświęcić chwilę na zadumę. 





Punkt nr 5 osiągnęliśmy szybko i bardzo fajną ścieżką leśną kierowaliśmy się do skrzyżowania dróg pomiędzy punktami nr 3 i 4. Na tym terenie zaczęliśmy spotykać zawodników z pozostałych kategorii. Na początku pkt. 3 dalej 4, tutaj najliczniejsze spotkanie z innymi drużynami.




Jeszcze Iza skorzystała z okazji podczas pojenia psiaków i pozowała z Piorunem wśród kwiatów runa leśnego.

Czas grubo ponad 4 godziny, ale to nic...kierując się w stronę torów kolejowych, do punktu nr 7, obmyślamy jak najsprawniej zebrać kolejne punkty, bo szczerze mówiąc nie spodziewaliśmy się tak dokładnie odwzorowanej mapy topograficznej. Mały pit-stop, a tutaj ze zdziwioną miną nadbiega Zbyszek z Ozim. Przywitaliśmy go gromkim sto lat, razem znaleźliśmy punkt nr 7, krótka pogawędka i mając zapas w postaci 90 min przed nami, zniknął w kolejnej przycince leśnej. My natomiast poszliśmy w inną stronę, ale i tak spotkaliśmy się niedługo na trasie jeszcze raz. Zbliżała się godzina 20:00, a my maszerowaliśmy w stronę Kościerzyny, aby po drodze zdobyć kolejne punkty. Powoli zapadał zmierzch i jak się okazało na drodze do punktu nr 9 ponownie spotykamy lidera w porywczym biegu, niczym Usain Bolt bijący rekord świata. 

Nawrotka do skrzyżowania i wartkim krokiem zmierzamy do punktu nr 8, podbity, OSTATNI! Wbiegnięcie pod kilkunastometrowe wzniesienie i idziemy w lewo, ale czujna Iza, zawróciła nas i dopiero kolejną przycinką wychodzimy na jedną z głównych tras przeznaczonych dla coraz bardziej popularnego nordic walkingu, która wiedzie do Kościerzyny. Robi się coraz ciemniej, niestety nie udało nam się zejść poniżej 5 godzin i mijając pod lasem szpital i aquapark wychodzimy na ulice osiedli Kościerzyny. To już końcówka. Maszerujemy ul. Skłodowskiej-Curie w stronę centrum, dobrze oświetlone ulice ukazują nam po drodze mini fontannę, psy wniebowzięte. Dwa ronda na naszej drodze i wbiegamy na stadion, na którym znajdowała się META.  


Teoretycznie całe podium nasze ! :) 


Nasz dystans to 28 km, a czas 5 godzin i 28 min.  
Ponadto, reprezentanci Sfory Suchanino - Andrzej i Tymon z Nirą, wystąpili na trasie RODZINNEJ, na której zajęli 5 miejsce z czasem 2 godziny i 5 min.  
Mamy nadzieję, że w następnych zawodach wystąpimy w jeszcze większym składzie i na trasie będzie więcej czerwonych koszulek. 
Wielkie podziękowania dla organizatorów! Fantastycznie bawiliśmy się na trasie. Lokalizacja wybrana idealnie, kaszubskie tereny to jest to! Warunki atmosferyczne mieliśmy wyśmienite. Czekamy z niecierpliwością na kolejne zmagania w Pomorskim Pucharze Dogtrekkingu.  





Linki do innych relacji: 

poniedziałek, 1 lipca 2013

PELPLIN - RELACJA Z ZAWODÓW. 7 MINUT I POKRZYWY

29 czerwca 2013 kolejne zawody Polskiej Ligi Dogtrekkingu i Pomorskiego Pucharu Dogtrekkingu. Jedziemy do Pelplina. Obawy przed startem są, bo oglądałem film nagrany przez Zbyszka z rozstawiania punktów :) Będzie wesoło. 
Razem z rodzinką zapakowaliśmy się w Gdańsku do samochodu Lupus tez na pokładzie, bez niego to nie dogtrekking, po drodze zgarnęliśmy Pioruna, z którym miałem wystartować pod nieobecność Izy. 
Dojechaliśmy "piorunem" :), więc pod Biedronką w Pelplinie mieliśmy cały parking dla siebie. Czasu też było sporo, postanowiliśmy więc zwiedzić Pelplin.  
Na przodzie Marek, a za nim my: Ola z Lupkiem i Ja z Piorunem, maszerowaliśmy w kierunku Zajazdu "SOLECKIEGO" na deser (lody) przed startem. Spacerując wzbudzaliśmy olbrzymie zainteresowanie naszymi wspaniałymi psami. Po dojściu do zajazdu okazało się, że nie będzie nam dane zjeść deseru, ponieważ w zajeździe organizowana był 18-tka. Trudno wracamy, po drodze mijaliśmy cukiernie, więc tam zajdziemy. Zdobyliśmy też uznanie w oczach mieszkańców Pelplina, kiedy Marek posprzątał po Lupusie:) Tubylec powiedział: - Możecie być wzorem dla właścicieli psów w Pelplinie. Po drodze rozmową zabawił nas inny mieszkaniec, który nic nie wiedział o zawodach w Pelplinie. Dotarliśmy do cukierni. Zalięliśmy stolik, zamówiliśmy lody dla Marka, a Ola i ja spróbowaliśmy wspaniałych wypieków, szarlotki na ciepło i sernika domowego - PALCE LIZAĆ !!!
Czas na reklamę:
Cukiernia K.Ratz, Pelplin, ul. A. Mickiewicza 13  - SFORA SUCHANINO POLECA
fot. Aleksandra Marcinko
Psiakom też serniczek smakował.

Siedząc widzieliśmy kolejnych zawodników udających się na miejsce startu. Pojawiła się też Kamilla z Amelką i Maćkiem i Kiką oczywiście. 
Spojrzenie na zegarek, zbliża się 16:00 a Long miał wystartować 1 h wcześniej. Więc idziemy. Na miejscu okazał się, że biuro zawodów jeszcze w powijakach, więc wcześniejszego startu nie będzie. O to wrócę z LONG'a w ciemnościach :)

Tak, czy siak należy się przygotować. Poprzebieraliśmy się w stroje firmowe, plecami spakowane. Część zawodników przeprowadzała rozgrzewkę, lub trenowała przed castingiem do kolejnego BATMAN'a
fot. Anna Michalska

Czas się odprawić. I tu sprawa załatwiona "pędzikiem" ale co to, mapa bez punktów i nagle poruszenie i zamieszanie. Zbyszek rozwiesił mapę z punktami na dmuchanej bramce startowej. Mapa przerysowana, idziemy do samochodu zweryfikować, czy wszyscy mają punkty we właściwych miejscach i wyznaczyć trasę.

fot. Anna Michalska
Jeszcze szybka odprawa na której Zbyszek postraszył nas trochę :)
fot. zakładam, że Monika Skupińska

Zbliża się 17:30, plan opracowany, plecak z latarką i wodą jest, przekąska jest, kompas jest, jakiś cieplejszy męski  fatałaszek jest,  Piorun skoncentrowany. Idziemy na start.

Iiiiiiiiii ruszamy. Na potrzeby fotograficzne pobiegłem prosto. 
fot. Anna Michalska
 fot. Zbigniew Skupiński
fot. Anna Michalska
Fotoreporterzy zadowoleni, więc dobijamy w lewo w kierunku Biedronki. Dalej przez Osiedle Młodych i mamy obwodnicę Pelplina, a za nią pierwszy punkt przy przepompowni. Docieramy na miejsce, na szczęście z przodu peletonu, bo do mazaczka kolejka jak za bananami w PRL'u. Podpisany lecimy dalej. Do kolejnego długa prosta przez przez łąki prze pola. Zaczął się las więc z Piorunem odbiliśmy w lewo i docieramy do kolejnego punktu. Ale chwila przy punkcie jest woda. A wiadomo, że woda przyciąga Pioruny. Mamy więc 1 pit-stop. Podwozie wymyte ruszamy dalej, trochę przyspieszamy, bo trzeba nadrobić . Lecimy przez polanę do pkt. 5, a tam już pierwsza grupa wypada z  Andrzejem, Tymonem i Nirą w środku stawki. Punkt zaliczony lecimy dalej. Zamiast ścieżką wybraliśmy, dogoniłem Andrzeja i Tymona, przejście wzdłuż rzeki, co się opłaciło ponieważ znaleźliśmy dogodne miejsce do przeprawy prze "bagienko i blotko". Z tego, co wiem i widziałem nie wszystkim się poszczęściło. 5 zaliczona. Teraz 6 i 7. Po drodze rozstajemy się a Andrzejem, który z synem wybrał trasę przez 4. Po drodze mijam ekipę blue t-shirts, czyli Dogosfore, dopadam 6, do 7 rzut beretem. Tu spotkanie z Ozyrysem i "wypożyczonym" maszerem z rodziną. Do 4 też nie daleko, po drodze kolejne spotkanie z Andrzejem. Jest i 4. Krótka przebieżka i jesteśmy w okolicy 8 pkt. Tu spotykamy tubylca, który woła - Z psami pobiegli prosto. 
To śmigamy, po drodze spotkanie z spotkanie z zawodniczką z MID'a i górka - nietypowe ukształtowanie terenu dla tej mapy, ale wypatrzone przez Zbyszka. 8 zapisane na mapie lecimy dalej.
To był początek samotnego biegu z Piorunem i walka z własnymi słabościami i postawionym celem. Dać radę w 4 h. Jak na razie wszytko szło/biegło zgodnie z planem, punkty planowo zaliczone. Kolejny cel 12, odnaleziona bez problemu, a pilnowana była przez parkę zakochanych. Miał kto mi zdjęcie zrobić - ale nie wyszło :) Po 12 była 14 i to był chyba najdłuższy odcinek miedzy punktami. Pot się leje z czoła, ale lecimy. Dopadam do 14 chcę ją podbić i .... - O w mordę, zajebiście. Pot rozmył zapisane na mapie zdobyte pkt. Zostały kolorowe plamki i resztki zapisu. No dobra, poza zapisem, zacząłem robić zdjęcia pkt. - tak na wszelki wypadek. Chwila odpoczynku, telefon do rodziny z pytaniem, jak im idzie. Sam pełen optymizmu mówię, że w takim tempie to ja niedługo będę na mecie. Po 14, 15 i 16 szybko zaliczone. Przy 16 stoję i mówię sobie - to musi być tutaj, ale gdzie pkt. Jak to gdzie - za tobą ty ślepowronie:) Na tapecie 9. Zbyszek mówił, że z tym pkt jest coś nie tak, więc tak się do niego zabrałem. Ale udało się go ekspresowo znaleźć, jedynym mankamentem była armia komarów, która chciała zawrzeć ze mną "pakt krwi", co bez mojej zgody  i ochoty oczywiście uczyniła. Piorun zaliczył przy 9 ekspresowe spa, uzupełnił płyny - lecimy dalej. I zaczęło się droga przez mękę, stracone 7 min:), masakra. 
Wychodząc z 9 w kierunku mostu, popełniłem błąd nawigacyjny. Nie pytajcie jak i dlaczego, ale poszedłem na wschód zamiast na południe i do tego na szagę. Wpakowałem się w mega bagno i pole największą plantację pokrzyw jaką w życiu widziałem. Zamiast zawrócić parłem do przodu, co chwilę but zostawał w błocie, a o kuracji antyreumatycznej nie wspomnę, tzn. wspomnę ale na końcu.  Kierowany instynktem przetrwania, a nie rozumem:) parłem dalej i dalej i dopadłem dukt. Ok - o droga do rzeki i mostu. Jak się myliłem. Biegnę i nic się nie zgadza. Telefon, dzwoni Ola. - Kiedy będziesz. - Niedługo :) idę do mostu. - My jesteśmy już na mecie i na Ciebie czekamy. -Super ... . Ja tu gadu-gadu, a na horyzoncie zbliża się człowiek, anawet dwa człowieki z psami. Magda z Kraksą i Żubrem i Pamela z Dimo. Jak powiedziały, że idą od 12, rozwiały wszystkie wątpliwości co do mojego położenia tego na mapie i nie tylko. Zmarnowany kawał czasu i kawał drogi nadłożony. Ale nie ma tu tamto - lecimy. Szybki posiłek regeneracyjny, dodał energii. Na mapie już się wszystko zgadza:) Jest i most. Za mostkiem dobra droga, zachodzące słoneczko. Wszystko pięknie. Zgodnie z zaplanowana trasa powinienem odbić w lewo do strumyka. Strumyk, wg. informacji kolegi fotoreportera z Pelplina do przeskoczenia. Super. Na drodze pole, rośnie zboże, poczekam  aż nie będzie mnie widać z domu. Po drodze zobaczyłem ślad innej odważnej osoby która postanowiła się tedy przebijać. Co robimy z Piorunem. Lecimy. Buszujący w zbożu zaliczeni wypadamy na łąkę, a tam spaceruje dopalasz. Sarenka. Cel namierzony - Piorun odpalony. Lecę bo chcę, a raczej nie mam wyboru. Na szczęście zwierzyna wpada w kamuflaż i doprowadziliśmy się do porządku. Dochodzimy do strumyczka,  ładny mi strumyczek i bynajmniej nie płynie z wolna. Zanim podjąłem decyzję, a raczej ją zaakceptowałem Piorun już pływał. Postanowiłem więc sprawdzić recenzję moich butów do biegania w terenie i czy rzeczywiście dobrze odprowadzają wodę. Odprowadzają dobrze. Wdrapałem się na drugi brzeg i załamka. Kolej pole,  nie wiem co to było, ale bez maczety nie podchodź. Ale co my nie damy rady, pewnie że damy. Piorun naprzód. (tu jakaś kilkunasto minutowa część trasy, która nie przeszła cenzury). Daliśmy radę, wypadliśmy na łąkę idąc pseudo ścieżką. Po drodze kolejną wodną przeprawę, mniej przyjemną niż w strumieniu. Ale Piorun był szczęśliwy. I dopadliśmy właściwą drogę do 10. Punkt zaliczony i  został ostatni 11. Zdobyty pędzikiem. W oddali słychać już młodzieżową imprezę religijną pod katedrą. Jeszcze w miarę jasno, latarki nie potrzeba - więc jest sukces. Czas też całkiem niezły. Przy obwodnicy mięśnie już poczuły, że zbliża się koniec i zaczął mnie łapać skurcz. Awaria na szczęście szybko zażegnana dzięki kilku ćwiczeniom. 

Jest meta. Dotarliśmy. 
fot. Zbigniew Skupiński

Przywitało mnie hasło: "Zawsze drugi". Przyzwyczajony :), pogodziłem się szybko, ale potem cios, ale            i sukces. - Zabrakło ci 7 min - mówi Grzegorz. 

 fot. Zbigniew Skupiński
fot. Zbigniew Skupiński
7 MINUT - wiedziałem, gdzie je straciłem.

Ogólnie trasa ok. 28 km - 4:17 - życiowy sukces.



Marek wrócił do domu z Amelką i jej rodzicami, na mnie czekała Ola. Po szybkim ogarnięciu wróciliśmy do domu, oddaliśmy Pioruna. I ...

I rozpoczął się ostatni akt dramatu. Po kąpieli, kiedy chciałem położyć się spać przypomniała o sobie kuracja antyreumatyczna. Poparzone przez pokrzywy nogi nie pozwoliły zasnąć, i miotałem się z lewej na prawą, do łazienki, do pokoju. Fenistil nie pomagał. Z pomocą ok 4:00 nad ranem, kiedy na AXN wystartował program promocyjny, przyszedł doktor Google. Ukojeniem okazały się kompresy z rozpuszczonej w wodzie sodzie oczyszczonej. POLECAM DZIAŁA. Padłem gdzieś w okolicy 6, a przed 9 pobudka. 

Podsumowując 
Plan prawie zrealizowany. Standardowo zawsze drugi - zaliczone, czas okolice 4 godz. zaliczone.

Czekam już na następną imprezę. 
WIELKIE DZIĘKI DLA ORGANIZATORÓW za kolejną rewelacyjnie przygotowane zawody i miłą atmosferę.ZBYSZKU, SPECJALNE PODZIĘKOWANIA DLA CIEBIE, za przygotowaną trasę, mogłem na niej, jako początkujący biegacz powalczyć ze swoimi słabościami. WIELKIE DZIĘKI I BUZIAKI DLA MOJEJ RODZINKI OLI I MARKA, którzy wystartowali z Lupusem w kat. rodzinnej. PODZIĘKOWANIA DLA POZOSTAŁYCH DRUŻYN SFORY SUCHANINO ( KAMILLI I AMELKI oraz ANDRZEJA I TYMONA) i dla MAĆKA, który wspierał nas duchem zwiedzając okolicę na rowerze. 

W TYCH ZAWODACH SFORA SUCHANINO PROPAGOWAŁA DOGTREKKING WŚRÓD DZIECI. W KAT. RODZINNEJ WYSTARTOWAŁY 3 DRUŻYNY I W KAŻDEJ BYŁ JUNIOR / JUNIORKA. 
 Kamilla i Amelka z Kiką
fot. Zbigniew Skupiński 
 Andrzej z Tymonem i Nirą
fot. Anna Michalska 
Ola z Markiem i Lupusem
fot. Anna Michalska

Paweł Marcinko